maly turnieje
POLANICA-ZDRÓJ 2026
W dniach 29-31 maja 2026 roku zagraliśmy w Mistrzostwach Polski Oldbojów 50+. Było to drugie nasze podejście. Zagraliśmy w trochę zmienionym składzie, chyba lepszym. Załatwiliśmy zawodowego bramkarza, zgodził się pojechać Łysy, ale też zabrakło Dziubka, który był najlepszy w zeszłym roku.
W tym roku trafiliśmy do 6-zespołowej grupy. Silnej grupy, być może nawet do grupy "śmierci". Warszawa kilka lat odpoczywała, ale oni mają z czego wybierać więc muszą być mocni. Zielona Góra zgarnęła rok temu brązowe medale. Z Łodzią przegraliśmy wyraźnie w poprzedniej edycji, a Pieruszyce wygrały swoją grupę. Tylko Kartuzy na papierze wyglądały słabiej. Chociaż pojechaliśmy tam wygrać, to przede wszystkim, by się dobrze bawić. A że pogoda dopisała, to grać się chciało. Więc zaczynamy.
 
Pieruszyce w poprzednim roku wygrali swoją grupę więc zapowiadał się trudny mecz. Nie przestraszyliśmy się, bo już taki wiek, że się nie boimy nikogo. To inni powinni, bo my gramy niekonwencjonalnie. Bez taktyki, bez schematów, po prostu spontanicznie. Po kilku minutach Oleś kopnął z lewej po ziemi w zamieszaniu i zasłonięty bramkarz nie miał szans na obronę. Świetnie w nasz skład wprowadził się Tomek, który kilkoma pewnymi interwencjami potwierdził fach bramkarski, jaki nabył w całej swojej karierze. Po przeciwnej stronie też stał całkiem niezły bramkarz. Próbował ponownie Oleś, Bober i Pałka, ale drugi raz nie chciał skapitulować. Po przerwie gra się nie zmieniła. Raz oni byli pod naszą bramką, raz my pod ich, ale gole nie padały. Oleś mógł podwyższyć wynik. Ruszył ze środka pola, kiwnął obrońcę i znalazł się sam przed bramkarzem. Puścił piłkę obok niego na długi słupek, ale minimalnie chybił. Część kibiców tylko westchnęła. Potem pokazał się Grzeniu. Strzelił mocno, ale prosto w bramkarza. W końcówce przeciwnik ruszył ostrzej i w obronie zostawiał tylko jednego obrońcę. Próbowaliśmy to wykorzystać i kilka razy świetnie wyszliśmy do kontry. Jednak z ostatnim, kończącym podaniem już nie było tak dobrze. A w ostatniej akcji meczu wyszliśmy trzech na jednego. Oleś pociągnął pod bramkę i... się napalił. Zamiast podać koledze z lewej lub z prawej, mocno strzelił. Bramkarz obronił nogą tak skutecznie, że piłka doleciała pod naszą bramkę. Tam po akcji zostało dwóch zawodników i po opanowaniu przez jednego, podał drugiemu, który miał tylko bramkarza przed sobą. Niestety, Jeżyk tym razem nie obronił. I znowu przez Olesia straciliśmy szansę na dobry wynik (jak w zeszłym roku).
 
Drugi piątkowy mecz zagraliśmy z Warszawą. To bardzo dobrze poukładana drużyna, która grała sprawdzonymi schematami. Za każdym razem dogrywali piłkę na ścianę do napastnika, który nie pozwalał się wyprzedzać i po opanowaniu piłki i obrocie, próbował strzelać. Łysy nie mógł dać sobie z nim rady. Już po turnieju okazało się, że tym napastnikiem był wielokrotny reprezentant Polski w beach soccerze. Po którymś przyjęciu zgubił Łysego i wychodził sam na sam. Jeżyk go uprzedził, wybił piłkę jednocześnie go przewracając, ale wszystko działo się przed polem karnym. Sędzia bez wahania wyciągnął czerwoną kartkę. W osłabieniu mieliśmy grać 2 minuty lub do utraty gola. To wszystko działo się tuż przed przerwą. Na końcówkę do bramki stanął Pałka i wyłapał strzał z rzutu wolnego. Chcieliśmy przetrwać te dwie minuty, ale się nie udało. W przewadze nas rozklepali i do przerwy było 0:1. Po przerwie w klatce stał już Tomala i wybronił trzy groźne strzały. Już po pierwszej interwencji poczuł się pewnie więc podbudowani jego formą ruszyliśmy do odrabiania strat. Było bardzo ciężko przedostać się w ich strefę obronną. Nie dopuszczali do sytuacji, byśmy im zagrozili. Jednak próbowaliśmy. Franek nawet miał sytuację, ale w pogoni za piłką puścił mu mięsień i przewrócił się. Pod koniec meczu warszawiacy nas ukłuli drugi raz i po dwóch meczach mieliśmy tylko jeden punkt.
 
Sobota rano. Mecz z Zieloną Górą. Znowu silna ekipa, która poprzednie mistrzostwa zakończyła na trzecim miejscu. To nic. To oni musieli wygrać. My nic nie musieliśmy. I się okazało, że nie są tacy mocni. Rozgrywali z tyłu dobrze i długo, i nagle uruchamiali napastnika, który próbował wypracować sobie dogodną sytuację. Dobrze przeszkadzał i blokował podania Bober. A Łysy tym razem nie dawał się jak z Warszawą i wyprzedzał lub wypychał. I nadeszła akcja, w której Łysy przeczytał zamiar podającego. Wyprzedził, pewnie opanował piłkę i podał do wychodzącego Olesia. Ten w sytuacji sam na sam jej nie zmarnował i objęliśmy prowadzenie. Po przerwie gra była już bardziej wyrównana. Bober miał dogodną sytuację na oddanie strzału. Mocno uderzył, ale piłka poleciała w boczną siatkę. Próbował też Pałka jednak jego strzał był bardziej podaniem niż ostrym nabojem. Zielonogórzanie atakowali, a my kontrowaliśmy. W jednej kontrze wyszliśmy dwa na jeden i Oleś tym razem za szybko zdecydował się na podanie do Bobra. Obrońca przeciął podanie i było po akcji. Potem skorzystali z opcji wzięcia czasu, a po nim wyszli już bez bramkarza. I się zaczęło bombardowanie naszej bramki. Jednak nasz Jeżyk wiedział, jak odbijać lub wyłapywać mocne strzały. Po jednym z nich skorzystaliśmy z możliwości wzięcia czasu. Bo jeśli jest okazja, to trzeba z niej skorzystać. Trenerzy od taktyki, psychiki i odnowy biologicznej mobilizowali i nakręcali, by nie popełnić błędu z meczu z Pieruszycami. My go nie popełniliśmy, ale oni nas zmusili. Przeciwnicy pięknie posyłali piłkę do siebie, jak po sznurku. Założyli na nas zamek hokejowy i zamknęli nas w polu karnym, i ostatnim podaniem dograli piłkę przed bramkarza, a tam wbiegł strzelec wyrównującego gola. Więc historia się powtórzyła. Byliśmy źli, bo byliśmy już w ogródku i witaliśmy się z gąską.
 
Rok temu przegraliśmy mecz pocieszenia z Łodzią. Wówczas i oni, i my zajęliśmy trzecie miejsca w swoich grupach. Zlali nas porządnie. W tym roku nadarzyła się okazja do rewanżu. To mocny zespół i dość agresywny. Od początku nas straszyli i ostro wchodzili. Na nas to nie działało, bo też mamy silnych i nie odstawiających nóg zawodników. Chociażby Grzeniu, Bober, Franek, nie wspominając o Victorze. Mecz graliśmy, jak równy z równym. Obie ekipy próbowały oszukać przeciwnika. I pierwszymi, którym się to udało byliśmy my. Znowu Oleś zdecydował się na strzał i otworzył wynik meczu. Agresja u Łodzian wzrosła do poziomu wrogości i u niektórych pokazała się piana w kącikach ust. Doskonale te zachowania wykorzystał Grzeniu. W narożniku boiska przyjął spokojnie piłkę, ruchem ciała zmylił obrońcę i ruszył w pole karne. Gdy już mijał obrońcę i zaczynał myśleć, jak sfinalizować akcję, został przez niego powalony na glebę. Sędzia bez wahania gwizdnął, a po chwili Oleś z karnego podwyższył wynik. Po tym golu ziomale Franka już się nie podnieśli, tym bardziej, że Jeżyk każdy ich strzał pewnie bronił. A my uruchamialiśmy szybkiego Bobra po lewej stronie, by już zamknąć mecz. Było widać, że z formą nie trafił, ale nie ma co się dziwić, bo dopiero wraca do gry po roku przerwy. W obronie graliśmy pewnie, a pod koniec wpuściliśmy rezerwowych, którzy nie pozwolili Łodzianom na jakieś fajerwerki i wygraliśmy pierwszy mecz na MP50+.
 
Wygrana w kolejnym meczu plasowała nas na trzecim miejscu w grupie czyli tak, jak w 2025 roku. Miało pójść lekko, łatwo i przyjemnie, bo oldboje z Kartuz w tym turnieju przegrali wszystkie mecze. Więc wyszliśmy na nich ostro. I co? Jajco! Chcieliśmy zrobić wynik w pierwszej połowie, by potem mogły grać rezerwy. Nie położyli się jednak. Bronili się dzielnie i nawet próbowali postraszyć. My graliśmy długo, dość dokładnie, ale nieskutecznie. I ta nieskuteczność trwała przez całą pierwszą połowę meczu. W przerwie padło trochę mocniejszych słów, bo widmo niewygranej już niektórym zaglądało w oczy. I co? Pykło! Po wyjściu na murawę zaatakowaliśmy i już w drugiej akcji unieśliśmy ręce w górę. W akcję bramkową zaangażowało się trzech oldBOYS-ów: Pałka, Grzeniu i Oleś. Pierwszy podprowadził piłkę w pole karne, przełożył na lewą i… nie nie, nie strzelił tylko zamarkował strzał. Podał do drugiego, a że on nie miał miejsca na strzał, to przekazał piłkę do trzeciego. Ostatni z trójki odjechał w lewo i huknął z mańkuta w okienko. I ten gol nas uspokoił. Po chwili Jeżyk rozpoczął akcję od bramki. Podał Łysemu, który ruszył do ataku, a że nie chciało mu się biec, to strzelił. Trafił przy samym słupku, a dziewczyny na trybunach oszalały z zachwytu. I teraz już mogli wejść zmiennicy. Weszli: Yura, Victor, Górek, Piodi i Tomala. Został tylko Łysy, by trzymać obronę. Spotkanie się trochę wyrównało, ale goli w tym składzie nie było. Wrócili najlepsi i już po chwili było 3:0. Bober w końcu sfinalizował rajd lewą stroną. Wyprzedził obrońcę, zagrał do przodu na dobieg i gdy bramkarz wychodził do niej, to Bober ją czubkiem buta wepchnął do klatki. W kolejnej akcji nie popisał się Grzeniu. Wychodził sam na sam, ale zawrócił i już nie było miejsca na oddanie strzału. Za chwilę Oleś mu pokazał jak się kończy takie akcje. Wyszedł ze środka boiska, okiwał bramkarza, do pustej już bramki kopnął piłkę i utonął w ramionach kibiców płci żeńskiej. Była końcówka meczu. Mamy coś z tymi końcówkami, bo znowu nas ukłuli tuż przed końcem meczu, ale ten gol nie miał już znaczenia. Jak przed rokiem, zajęliśmy 3 miejsce w grupie.
 
W zeszłym roku z kilkoma zawodnikami ze Szczecina mieszkaliśmy pod jednym dachem. Nocne rozmowy zapoznawcze i wspomnieniowe trwały nierzadko do rana. A mieliśmy wspólne tematy, bo przez lata kilku zawodników i jeden trener ze Szczecina, pomagali być Polonii Słubice lepszym zespołem. Jak się okazało, Zbigniew Kozłowski (trener Polonii Słubice) grywał w Pogoni Szczecin z kilkoma starszakami z naszego hotelu. Dziś oni mają po 70 lat i wciąż grają. Ale wróćmy do meczu. Oni też zajęli 3 miejsce w swojej grupie więc los zadecydował o meczu przyjaźni. To był już czwarty mecz tej soboty więc w nogach już była wata i sił do biegania niewiele. Dobrze, że po drugiej stronie bilans meczowy był taki sam, a wiekowo chyba nie było w Polanicy starszej ekipy. Musieliśmy to wykorzystać, bo… chcieliśmy być lepsi niż w zeszłym roku. Ale do przerwy było 0:0. Boisko już wydawało się większe i biegało się „pod górkę” więc łatwo nie było. Tym bardziej, że Szczecinianie nie mieli zamiaru przegrać. Mając w obronie doświadczonego 70-latka i poukładanych obrońców dobrze radzili sobie w niej. Wybijali nas z rytmu i spowalniali grę. Z przodu mieli również 70-latka, ale on nie mógł być szybszy od Górka, Piodiego, a tym bardziej od Łysego. Zagrożenia nie stworzył żadnego. Ale po przerwie spuchli albo my przyspieszyliśmy. Konkretnie, to przyspieszył Oleś i z prawej strony podjechał z obrońcą na plecach pod pole karne i mocno strzelił w długi róg. Wpadło. Teraz już mogliśmy grać spokojnie i atakować pozycyjnie. Mając dużo przestrzeni i wolniejszych przeciwników, wychodziliśmy na dogodne pozycje. Po chwili Bober trafił w poprzeczkę, a Oleś w dwa słupki. A potem Łysy wziął piłkę pod swoje „narty” i swoim klasycznym slalomem dojechał do mety. W końcówce trochę zamieszania wprowadzili „stranieri”. Najpierw Victor nie mógł się znaleźć na boisku i po kilku obrotach i słownych wskazówkach zaskoczył, w którą stronę gramy. Potem Yura zamiast grać do tyłu i utrzymać wynik, wymyślił że pójdzie do przodu. Całe szczęście, że Tomala był dobrze ustawiony, bo mogliśmy stracić kolejnego gola w końcówce.
I tym sposobem, wygrywając 3 mecze, remisując 2 i przegrywając 1, poprawiliśmy swój poprzedni wynik. I choć otrzymaliśmy dyplom za zajęcie VII miejsca, to wiemy, że zajęliśmy miejsca 9-10.
 
A co się działo poza orlikiem? W pięknych okolicznościach przyrody, przy spokojnie płynącym strumyku, zamieszkaliśmy w ośrodku Domki Polanica (domki-polanica.com.pl). Pięć domków pomieściło całą naszą ekipę złożoną z 23 dorosłych, 2 dzieci i 1 czworonoga. W pierwszy wieczór zaplanowany był grill. Wodzirejami grilla w ten wieczór zostali Górek i Pałka. Zagospodarowali teren i przygotowali miejsca do siedzenia, do tańczenia i do leżenia. Dla każdego coś wygodnego. Cinek wystawił grający sprzęt i zorganizował didżejkę, byśmy mogli rozruszać kości po trudach boiskowych. Pozostali do imprezy przygotowali się w różny sposób. Naznosili swoje produkty. Była kiełbasa, karkówka, kurczak, szaszłyki, szparagi, smalec, pajda, ogórki małosolne, pieczywo, owoce i wiele innych dóbr. Jedzonko popijaliśmy napojami zimnymi, ciepłymi, kolorowymi i przezroczystymi. A potem była zabawa przy taktach „cicho” puszczanej muzyki. Miękka trawa i ciepła noc sprzyjała tańcom na boso, na leżąco, a nawet na stołach. Nie obyło się bez komplementów w kierunku naszej bandy. Właścicielka późną nocą zaglądnęła na ośrodek i w superlatywach wyraziła się o nas. Powiedziała: „nie wiedziałam, że jesteście aż tak bardzo zorganizowaną grupą”. I po jej wizycie udaliśmy się do łóżek, wszak jutro (a raczej dziś) mieliśmy rozegrać kilka meczów.
W kolejny wieczór była powtórka. Tańce, śpiewańce i gadańce. Pizza, arbuz, grill i napoje. Najlepsze wzięcie miała „O! Górkowa!”. Ni to zupa, ni kompot, ale każdy chwalił. Nawet Łysy. A zabawa znowu trwała do ciemności. Choć mieliśmy przygotowane lampy, to czegoś brakowało. Było jasno, ale tak jakoś smutno. I nagle, w oddali pojawiły się jakie błyski. Ktoś pomyślał, by rozweselić kolorystycznie imprezę. Okazało się, że światełka przywiozła Policja. Jednak po krótkiej rozmowie zabrali je ze sobą. Nie chcieli zostać więc i my poszliśmy do domków.
W niedzielę odebraliśmy puchar i dyplom z wygrawerowanym VII miejscem i wróciliśmy cali i zdrowi do domów.
 
Jednak najpiękniejszym akcentem naszego wyjazdu była obecność naszych Pań, bez których nie osiągnelibyśmy takich wyników. Były z nami na każdym meczu, zdzierały gardła dopingując nam, wspierały po słabszym występie i opiekowały się nami. Dziękujemy kochane.
 
Wyniki:
oldBOYS - Fokus Pieruszyce 1:1 (Oleś)
Seni Warszawa - oldBOYS 2:0
Lubuszanie Zielona Góra - oldBOYS 1:1 (Oleś)
oldBOYS - Start Łódź 2:0 (Oleś 2)
oldBOYS - Kartuzy 4:1 (Oleś 2, Łysy, Bober)
Szczecin oldBOYS - 0:2 (Oleś, Łysy)
 
Skład: Tomasz Jeż, Krzysztof Pawłowicz, Dariusz Olechno, Dariusz Nowak, Ireneusz Boberski, Piotr Didyk, Jarosław Fraszczyński, Dariusz Górowski, Jurij Leonczuk, Wiktor Danyliuk, Tomasz Kopczyński, Grzegorz Hałub, Marcin Marciniak, Grzegorz Podhajecki, Piotr Tkaczyk + partnerki, żony, dzieci i pies czyli suczka.