maly infoNA KAJAKI!
Pierwsze w historii oldBOYS-ów kajaki wypadły nie za bardzo okazale, ale jednak wypadły. Na rzekę Pliszkę w okolicach Debrznicy udało się zwodować 6 kajaków. Płynęliśmy rodzinnie (mąż-żona, ojciec-córka, tudzież syn) oraz partnersko (on i ona).
Czy było warto? Było. A potwierdzeniem tego niech będą wypowiedzi niektórych uczestników:
Grzeniu: Świetna zabawa. Nigdy nie brałem udziału w czymś takim. Wartki nurt rzeki i ostre zakręty powodowały sytuacje, w których niejednokrotnie zostaliśmy wyrzuceni na brzeg. To jednak nic w porównaniu z bombą atomową.
Ona: Po 100 metrach chciałam wysiadać, bo zatrzymaliśmy się już na pierwszym drzewie i perspektywa wodnego survivalu nie za bardzo mnie cieszyła. Później jednak było już tylko lepiej. Opanowaliśmy kajak i następne przeszkody braliśmy z marszu.
Ania: Wspaniała pogoda, wspaniałe widoki, wspaniała ekipa tylko mój sternik jakoś się nie nadawał.
Julita: Fajnie. Raz wąsko, raz szeroko, czasem pod wiatr, a czasem z górki. Trzeba to jak najszybciej powtórzyć.
Sternik: Bardzo zacna zabawa. Mokre podkoszulki, zatopiony prowiant, drobne stłuczki, ostre wyścigi, nieplanowane kąpiele i niewielkie wywrotki, to cały urok takiej wyprawy. A na lądzie pieczone kiełbaski i zimne piwko były dopełnieniem całej imprezy.
Syn: Ok.
Pliszka jest dość zróżnicowaną rzeką. Posiada odcinki szerokie, ale też i tak wąskie, że ledwo jeden kajak się mieści. W miejscach szerszych można było płynąć obok siebie i dzielić się prowiantem niezbędnym na wodzie lub się trochę pościgać, chlapiąc tych co z tyłu. W wąskich miejscach nie było szans na jakąkolwiek współpracę. Jedynie odgłosy paszczą pozwalały określić położenie innego kajaka. A czasami bywało tak wąsko, że wiosła znikały w zaroślach lub tataraku. Gdy uporaliśmy się z pierwszą częścią wyprawy, dotarliśmy na niewielki staw lub jeziorko, na którym udało nam się... zabłądzić. Zanim to nastąpiło, kierownik grupy podczas postoju zaprezentował swój nowy produkt i nim poczęstował chętnych. Sam musiał zażyć dawkę ponadnormatywną, bo zmienił mu się nagle azymut i zamiast widzieć godzinę 14:00 (tam było wyjście), ujrzał na cyferblacie swej busoli godzinę 19:00, gdzie czekać mogły niemiłe niespodzianki. Dobrze, że mamy w grupie osoby, które nie zawsze idą w ciemno za swoim przywódcą i w odpowiednim momencie wróciliśmy na dobry kurs. Po jakimś czasie, mijając murowany most, dzikie campingi i pastwiska pełne dzikich zwierząt, dotarliśmy do przystanku końcowego. Stamtąd czekała nas już tylko przejażdżka 13-osobowym busikiem na pole namiotowe, gdzie po chwili zapłonęło ognisko i przy dźwiękach gitar i harmonijki ustnej mogliśmy powspominać czasy, gdy jeździło się na obozy, niekoniecznie harcerskie.